Curaçao

Curaçao to wyspa i państwo o tej samej nazwie, leżąca na morzu Karaibskimi w Ameryce Środkowej. Jest terytorium zależnym Holandii. Powierzchnia wyspy to 444 km2.

Pomimo tego, iż Curaçao jest terytorium zależnym Holandii, jest samodzielnym państwem nienależącym do Unii Europejskiej i potrzebna jest wiza.

Na wyspie spędziliśmy tydzień. Udało nam się przez te kilka dni sporo zobaczyć ale wyjątkowo czuję niedosyt.

Na wyspę regularnie kursują samoloty KLM z Amsterdamu. Wylecieliśmy z Krakowa o 5:30, lot z Amsterdamu był 9:45 i o 14:45 czasu lokalnego, wylądowaliśmy na Curaçao.

Zamieszkaliśmy w Whitehouse Amartments w miejscowości Lagun w zachodniej części wyspy.

Miejscowość nieduża, cicha i spokojna. Znajduje się w niej plaża, a przy niej przynajmniej dwie restauracje. Do sklepu trzeba było jednak podjechać do innej miejscowości. Poruszając się po wyspie samochodem to żaden problem.

Samochód wynajęliśmy od właścicieli apartamentu. Była to spora oszczędność w stosunku do auta z wypożyczalni.

Na zwiedzanie wyspy mieliśmy 6 dni. Wykorzystaliśmy je w pełni bez dni leniwych, spędzonych tylko i wyłącznie na leżakowaniu na tarasie, choć mieliśmy takie możliwości.

Nasze wycieczki po wyspie

Dzień 1

Jak wspomniałam powyżej, nasz samolot wylądował w godzinach popołudniowych. Na lotnisku czekała na nas córka właścicielki apartamentu.

Po drodze do domu opowiedziała nam o wyspie, jej mieszkańcach i ich zwyczajach. Pokazała gdzie zrobić zakupy, gdzie wypić dobrego shake’a czy smoothy. Piszę o tym gdyż była to wartość dodana. Gdybyśmy mieli auto z wypożyczalni i jechali sami, nie zdobylibyśmy tej wiedzy, sami musielibyśmy dochodzić do tego gdzie najlepiej zrobić zakupy, a niektórych miejsc byśmy w ogóle nie odkryli.

Dojazd i formalności związane z zakwaterowaniem zajęły ok.godziny. Na Curacao była godzina 16:00 a dla nas dzień (od momentu wyjazdu z domu) trwał już 18 godzin. Energii starczyło tylko na zrobienie spożywczych zakupów, rozpakowanie się i dociągnięcie do rozsądnej godziny pójścia spać, by obudzić się o normalnej porze i zacząć od rana funkcjonować w nowej dla nas strefie czasowej.

Zatem dzień przyjazdu można uznać dniem straconym, albo dniem na odpoczynek po długiej podróży i aklimatyzację.

Dzień 2

Pierwszy pełny dzień pobytu potraktowaliśmy jako rozruch i zwiedziliśmy pobliskie plaże.

Pierwszą z nich była Kleine Knip, która mnie osobiście bardzo przypadła do gustu. Mimo niedzieli i co za tym idzie plaż wypełnionych miejscowymi, nie było tłoczno. To tu zażyliśmy pierwszej kąpieli i snoreklingu. Mnogość i kolorystyka ryb była zachwycająca.

Kolejną plażą była Grote Knip. To plaża z lepszą infrastrukturą ale była bardziej zatłoczona i mniej kameralna niż Kleine Knip. Zrobiliśmy sobie tu tylko spacerek i pojechali dalej.

Pojechaliśmy na plażę Forti, bo mieliśmy wiedzę, że są tu restauracje, a nasze żołądki domagały się jakiegoś pokarmu. Polecona nam restauracja Blue View była zapełniona i nie było szansy na wolny stolik. Zjedliśmy zatem w Playa Forti z widokiem na plażę. Dodatkową atrakcją byli śmiałkowie skaczący z klifu, na której stała restauracja, w fale morskie.

Ostatnią plażą jaką zobaczyliśmy tego dnia była Playa Piskado. Zrobiliśmy sobie tylko poobiedni spacer ale wiedzieliśmy, że wrócimy tu popływać z żółwiami.

Wstęp na powyższe plaże jest bezpłatny.

Dzień 3

Drugiego dnia zwiedzaliśmy stolicę Willemstad. Dojazd z Lagun to ok. 40 minut. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od miejskiego parku namorzynowego Mangrove Park.

Wstęp do parku kosztuje 15 USD – zwiedzanie pieszo. Można zwiedzać płynąc kajakiem ale ceny takiego zwiedzania nie znam. Zwiedzanie zajęło nam ok. 40min. Przed parkiem jest spory parking ale my zaparkowaliśmy nieco wcześniej przy stadionie do baseballa aby już nie przeparkowywać auta na czas zwiedzania stolicy.

Z parku udaliśmy się przez plac Gouverneur van Slobbeweg do Rif Fort czyli placu z barami, sklepami w starym forcie.

Z fortu poszliśmy w kierunku mostu Królowej Emmy Koningin Emmabrug aby przejść nad zatoką Świętej Anny z dzielnicy Otrobanda do dzielnicy Punda. Most jest ruchomy. Zdążyliśmy dojść mniej więcej do połowy jak nas cofnięto ze względu na konieczność przepuszczenia jednostek morskich. Dzięki temu mieliśmy dodatkową atrakcję w postaci znajdującej się obok przeprawy promowej. Przeprawa jest bezpłatna.

Punda to szereg uliczek, którymi trzeba pochodzić. Najpierw podeszliśmy pod Gouverneurspaleis, następnie na plac Wilhelminaplein i ulicą Pietermaai aż do Berg Alteny aby wrócić drugą stroną zatoki, ulicą Scharlooweg przy której w kolorowych willach mieszczą się różne instytucje. Wróciliśmy w kierunku mostu królowej Emmy, którym tym razem udało nam się przejść na drugą stronę, spowrotem do Otrobandy. Wcześniej przy moście przeszliśmy przez rozstawione wzdłuż lini brzegowej zatoki targowisko.

Po zwiedzeniu stolicy przyszedł czas na kąpiel. Wybraliśmy plażę Kokomo, na którą wstęp jest bezpłatny.

Po drodze na Kokomo zatrzymaliśmy się przy akwenie, na którym znajduje się siedlisko flamingów. Znajduje się tam również teren spacerowy Malpais Sint Michiel, którego nie udało nam się zaliczyć.

Dzień 4

Dzień zdominował 10 km trekking wokół zatoki Jan KokRif Sint Marie – Hermanus. Rozpoczęliśmy go od jej północnej strony, od salin i flamingów.

Od tej strony jest kilka parkingów, na których można nieodpłatnie zostawić samochód.

Zanim zaczęliśmy trekking wokół zatoki/jeziora, weszliśmy na ścieżkę, znajdującą się mniej więcej pośrodku jeziora, aby z tego cypla zobaczyć saliny i flamingi.

Właściwy spacer rozpoczęliśmy idąc wschodnim (lewym) brzegiem jeziora (zatoki). W tym miejscu nie ma ścieżki. Idzie się brzegiem zarośli, a to po czym się stąpa wygląda jak wyschłe dno. Po deszczu jest tam pewnie masa błota.

Tą drogą dotarliśmy do ambony, z której rozciąga się widok na saliny i żerujące flamingi.

Tuż przed amboną, na wątłym drzewku była umocowana żółta strzałka w lewo, oznaczająca kierunek dalszego marszu.

Wkrótce doszliśmy do drogi z jednej strony wyglądającej jak wąwóz, z drugiej obsadzonej namorzynami z prześwitem na wody zatoki.

Ścieżka zaprowadziła nas nad brzeg morza. Mostkiem przeszliśmy na drugą stronę zatoki i kontynuowaliśmy spacer.

Teraz droga wiodła brzegiem morza, a zatoka została z drugiej strony góry.

Na tym etapie wędrówki nie było znów wyraźnej ścieżki, jedynie co jakiś czas można było zobaczyć pomalowane na żółto kamienie, świadczące o tym, że jesteśmy na właściwym szlaku.

Szlak najpierw prowadził po kamieniach, potem weszliśmy na szeroką ścieżkę.

Wspomagaliśmy się mapą googla, która pokazywała po drodze latarnię morską. Trzeba było do niej nieco zboczyć. Poszliśmy tam ale jeśli była tam kiedyś latarnia, to niewiele z niej zostało.

Miejsce jednak urokliwe, zrobiliśmy sobie tam krótką przerwę.

Po powrocie na właściwy szlak, szliśmy do momentu, aż ukazała się przed nami zamknięta brama, a za nią osiedle. Przez moment miałam dreszczyk emocji, że ta brama ucięła nam dalszą drogę. Ale nie.

Tuż przed bramą była ukryta ścieżka między krzewami,

która doprowadziła nas do drogi asfaltowej.

Po przejściu kilkudziesięciu metrów asfaltem, weszliśmy znów na ścieżkę leśną.

Wkrótce po prawej stronie ukazało nam się jezioro, a raczej zatoka. Teraz byliśmy po jej zachodniej stronie. Wzdłuż wody doszliśmy do miejsca startu, czyli do mety. Wycieczka zajęła nam ok. 3 godzin.

Głodni, zgodnie z wcześniejszym planem, udaliśmy się do restauracji, w pobliżu której skończyliśmy trekking. Okazało się jednak, że we wtorki jest ona zamknięta. Zmusiło nas to do szybkiej zmiany jedzeniowych planów i zatrzymanie się na posiłek w pierwszej napotkanej po drodze jadłodajni.

Najpierw, aby zaspokoić pierwszy głód, zatrzymaliśmy się na smoothy. Dla mnie to magiczne miejsce w bajecznym ogródeczku. The Best Smoothie in Curacao znajduje się przy drodze (prawa jej strona) jadąc od Fontein do Bisento. Było to najlepsze smoothy jakie piłam. Płatność gotówką, nie przyjmują nominałów 100 USD, czynne do 16:30.

Na obiad wybraliśmy Discover Lagun przy plaży w Lagun i tak ją odkryliśmy i tak stała się naszą ulubioną restauracją. Po obiedzie odwiedziliśmy plażę, która była najbliżej naszego miejsca noclegowego.

Dzień 5

Po intensywnym dniu trzeba dać się zregenerować organizmowi, dlatego wybraliśmy na ten dzień zwiedzanie farmy strusi i plantacji aloesu.

Farma znajduje się w niedalekim sąsiedztwie plantacji, zatem można zobaczyć jedno po drugim.

Bilet dla dorosłego na zwiedzanie Ostrich Farm kosztował 20 $. Zwiedzanie trwa 45 minut. Zrobiliśmy sobie rezerwację przez stronę internetową, dzięki temu mieliśmy pewność zwiedzania o wybranej godzinie i godzinę później mogliśmy rozpocząć zwiedzanie plantacji.

Objeżdżając farmę autobusem nie tylko oglądaliśmy strusie ale dowiedzieliśmy się nieco na temat ich życia na wolności i na farmie. Przewodnik opowiadał w języku holenderskim i angielskim. Dla dzieci zapewne to nie lada frajda.

Nam bardziej podobało się zwiedzanie plantacji aloesu. Przewodniczka w bardzo wesoły sposób opowiadała o roślinach i technologii produkcji. Zwiedzanie zakończyło się w sklepie, w którym nie omieszkałam zrobić zakupów. Zaskoczyło mnie, że w Holandii jest przedstawicielstwo i można kupić te produkty on-line, dla zainteresowanych link.

Cena biletu dla osoby dorosłej 10$.

Przed kolejnym zwiedzaniem wstąpiliśmy na obiad do Brisa do Mar,

restauracji przy plaży Caracas, w której później zażywaliśmy kąpieli.

Przed kąpielą a po obiedzie zwiedziliśmy znajdujący się niedaleko fort Beekenburg.

Wstęp był bezpłatny.

W drodze do domu w Lagun zatrzymaliśmy się na najsłynniejszej plaży na Curacao, na Mambo Beach.

Plaża jest położona między brzegiem morza a ciągiem hoteli i hotelowymi sklepami. Na plaży jest pełno leżaków, parasoli, baldachimów, barów. Idąc alejką przy hotelach, trudno dostrzec linię brzegową. My zdecydowanie wolimy spokojne zatoczki.

Dzień 6

Tego dnia postanowiliśmy wejść na Christoffel, najwyższy szczyt wyspy. Góra znajduje się w parku narodowym Christoffelpark. Wejście na nią kosztuje 15 $.

Wejście na szczyt jest nieco wymagające. Niezbędne jest odpowiednie obuwie z twardą i nieślizgającą się podeszwą, gdyż trzeba się wspinać po głazach. Trzeba mieć ze sobą zapas wody i jakiegoś batona do przekąszenia. Zresztą przy zakupie biletu wypełnia się ankietę i deklaruje w niej dobry stan zdrowia oraz posiadanie dwóch litrów wody.

Osoby mające samochód wjeżdżają na górny parking. Stamtąd wejście i zejście zajęło nam ok. 3 godzin. Osoby bez samochodu muszą doliczyć godzinę wspinaczki drogą asfaltową z dolnego parkingu i drugą godzinę na zejście.

Do parku trzeba jechać rano. Godziny otwarcia są ruchome ze względu na warunki atmosferyczne. W dniu, w którym my się wspinaliśmy, ze względu na temperaturę powietrza, wpuszczali tylko do godziny 10:00.

Po takim trekkingu to już tylko pływanie i snorkeling . Playa Piskado zwana też Playa Grandi słynie z pływania z żółwiami. I nam się to udało. Trzy okazy pływały całkiem blisko brzegu. Można je było zobaczyć także z molo.

Inną atrakcją są pelikany i inne ptaki. Rybacy mają na tej plaży swoje stanowisko do patroszenia świeżo złowionych ryb. Ptaki czekają tam na smakowite kąski.

Dzień 7

To był ostatni dzień naszego pobytu. Pozostało jeszcze tyle miejsc, które chcieliśmy zobaczyć. Wybraliśmy spacer w Shete Boka National Park.

Spacer zajął nam około trzech godzin. Najpierw zwiedziliśmy jaskinię.

Potem Boka Tabla i Boka Wandomi,

a na końcu Buka Pistol. Jeśli ktoś nie chce lub nie może z jakiś względów przejść trasy, istnieje możliwość podjazdu samochodem w okolice każdej atrakcji w parku. Wstęp do parku kosztował 15 USD od osoby.

Tego dnia zaliczyliśmy jeszcze snorkeling na Playa Kalki

oraz spacer na Playa Jeremi.

Dzień 8

To był nasz dzień wyjazdu wyjazdu. Samolot do Amsterdamu był przed godziną 17. Mając auto z wypożyczalni można jeszcze coś zobaczyć przed południem w drodze na lotnisko. My musieliśmy opuścić apartament do godziny 10:00 i na tą godzinę mieliśmy zamówiony transfer na lotnisko. Przed lotniskiem znaleźliśmy miejsce, w którym poczekaliśmy do czasu otwarcia odprawy.

Dodatkowe informacje
  • Curaçao leży blisko równika i dzień trwa tu zawsze ok. 12 godzin (+/- 50 min). W lutym słońce zachodziło przed godz. 19:00 (latem zachodzi ok.20:00)

  • W wielu miejscach nie chcą przyjmować banknotów 100 dolarowych, nie ma natomiast problemów z płatnością kartą.

  • W restauracjach i sklepach ceny podane są albo tylko we florenach (guldenach antylskich) albo dodatkowo w dolarach.

  • W sklepie, w którym robiliśmy zakupy, cena na półkach była we fl ale przy kasie wyświetlała się cena i we florenach i w dolarach.

  • Zdarzyło nam się w restauracji Playa Forti, że płacąc gotówką w dolarach, resztę otrzymałam w guldenach (florenach).

  • 1 kwietnia 2025 roku guldena antylskiego zastąpi gulden karaibski (także na wyspie Sint Maarten) 1:1.

  • Kurs florena do dolara jest stały i w lutym 2025 roku wynosił 1:75 guldena za 1 dolara.

  • W zachodniej części wyspy obiad w restauracji dla trzech osób to koszt ok. 80 USD, we wschodniej ponad 100 USD.

  • Cena drinków ok. 10 USD, piwa w restauracji 5-8 USD.

  • Przykładowe ceny w sklepie: 12 jajek – 6,36 fl, ser żółty 500 g – 10,99 fl, pieczywo – 2,75 fl, opakowanie pomidorów – 5,95 fl, słoiczek dżemu 4 fl, 2 l. coca-cola – 6,99 fl, Lay’s – 9,30 fl, butelka rumu San Pablo 0.7 l. – 27,95 fl, , mała paczka nachos 1,95 fl, salsa dip – 5,25 fl,

  • Mieszkańcy między sobą rozmawiają w języku papiamento, można się z nimi komunikować po angielsku i holendersku.

  • Plaże są płatne i bezpłatne, my skorzystaliśmy z tych bezpłatnych, na płatne nie zdążyliśmy dotrzeć.

  • Zdarza się, że miejscowi kierowcy jeżdżą pod wpływem alkoholu, czasem oznajmiają to jadąc powoli na światłach awaryjnych.

  • Na wyspie gęsto są rozmieszczone przystanki autobusowe ale bez rozkładów jazdy.

  • Mimo, iż Curaçao jest państwem zależnym Holandii, jest państwem samodzielnym, nie należy ani do UE ani do strefy Schengen. W związku z tym potrzebna jest wiza.  Inaczej niż było na Sint Maarten, nie wbijali jej na lotnisku po przylocie, tylko przed wylotem trzeba było wypełnić dokument online.